Tajlandia upadłych pielgrzymów. Sex, drugs & rock’n’roll

„Ludwiku Dornie, Sabo, nie idźcie tą drogą!” — powiedział kiedyś Aleksander Kwaśniewski. Te słowa należy powtarzać wszystkim turystom, którzy zaraz po wylądowaniu w Bangkoku chcą imprezować na Khao San Road. Tym, co planują udać do Pattayi, powinno się je wytatuować na czołach.

Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień. Szlakiem upadłych pielgrzymów, co zamiast natchnienia szukają mocnych wrażeń, udałem się samemu — trochę z ciekawości, trochę z obowiązku. Pokój w hotelu, przy ulicy uznanej kiedyś za mekkę backpackerów, wykupiłem, żeby zobaczyć imprezowe oblicze Bangkoku. Inaczej było w przypadku burdelowej stolicy Tajlandii. Tam znalazłem się z powodu kolegi.

Wnioski? Tajlandia wchodzi jak wielka kreska świeżego koksu. Pierwsze uderzenie jest tak mocne, że rozgrzane do czerwoności szlaki dopaminergiczne wibrują w rytmie Gangnam Style, a receptory dopaminy już po pierwszej minucie wywieszają białą flagę i modlą się o koniec świata. Zanim ta modlitwa przedrze się przez gęste, parne powietrze i sięgnie nieba, z człowieka zostaje zbieranina oszołomionych komórek, 50 proc. wody i 20 proc. SangSom, tutejszego rumu, którego butelka o pojemności 0,3 l kosztuje w 7-Eleven zaledwie 15 zł. Nie znam innego miejsca na Ziemi, gdzie tak łatwo można się zatracić.

We love drugs

Na Khao San Road alkohol leje się strumieniami, a co kilka metrów naganiacz przykłada ci pod nos tabliczkę z cenami trunków, proponuje przejażdżkę tuk-tukiem lub pospolite boom boom. Prawdziwym hitem są tu wysokoprocentowe drinki serwowane w kubełkach. W promocji taki bucket można kupić nawet za 100 batów.  

We love drugs, man! — wykrzykiwali jacyś nieznajomi, podczas gdy mój towarzysz namawiał uliczną kucharkę, aby pozwoliła mu samodzielnie usmażyć Pad thai. Kilka minut później siedzieliśmy z nimi przy stoliku, zajadając się własnoręcznie przygotowaną potrawą. Była trzecia w nocy, a miłośnicy narkotyków z Nowej Zelandii wciąż nie mieli dość. Na widok sprzedawcy, napełniającego baloniki gazem rozweselającym, zaświeciły im się oczy. Z ciekawością patrzyłem, jak po kolejnych wdechach podtlenku azotu budziła się w nich niepohamowana radość, by równie szybko ustąpić miejsca świadomości świata rzeczywistego, od której tak bardzo starali się uciec.

Ich obecność na tej niewielkiej uliczce w centralnej części Bangkoku nikogo nie dziwiła. Każdego wieczora przechodzą tędy dziesiątki podobnych ludzi, zataczają się, przewracają, a czasem leżą bezwładnie, podczas gdy z obu stron, z potężnych głośników, nadlatują dźwięki rozmaitych utworów, by na samym środku deptaka stoczyć ze sobą kakofoniczną bitwę. Bitwę, w której nie ma zwycięzców. Są tylko przegrani — oszołomieni przechodnie.

Jeszcze późnym popołudniem, pomimo natłoku turystów, Khao San Road to całkiem przyjemna ulica. Można tam wypić kawę, odmówić kupna szytego na miarę garnituru, a nawet zjeść skorpiona na patyku — co kto lubi. Prawdziwa rzeź zaczyna się dopiero wieczorem. Tego samego nie można powiedzieć o Pattayi, która na mapie tajskiego piekła znajduje się o kilka poziomów niżej.

Miasto grzechu

Mówisz sexturystyka, myślisz Pattaya. To właśnie jej swoją niechlubną renomę zawdzięcza to położone nad Zatoką Tajlandzką miasto, do którego z Bangkoku autobusem jedzie się zaledwie półtorej godziny. Każdego dnia rzesza Europejczyków pokonuje tę trasę, wiedząc, że wszystko, czego dusza zapragnie, w Pattayi jest na wyciągnięcie ręki. Pisząc „Europejczyków”, mam na myśli głównie  podstarzałych Anglików o pragnieniach niewykraczających daleko poza dziewczyny, jedzenie i alkohol — wszystko to Tajlandia oferuje im za półdarmo. Przed południem wypełzają ze swoich legowisk i do wieczora przesiadują leniwie w barach, wpatrując się otępiałym wzrokiem w monotonię azjatyckich ulic. Ich oczy są zamglone, a twarze zblazowane. Przyjeżdżają tu, żeby się nasycić, wyszarpać z tej ziemi  wszystko, co najlepsze, zostawiając w zamian garść brytyjskich funtów. Tymczasem cena, jaką płacą za swój hedonizm, jest dużo wyższa. Dając upust mrocznym żądzom, powoli stają się żywymi trupami, które jak bezpańskie psy włóczą się bez celu. Dogorywają.

Widok zepsucia rysujący się na białych, cierpkich twarzach, wzbudził we mnie nieznany dotąd lęk. — Nie chcę skończyć tak jak oni — pomyślałem, mając coraz większą świadomość, że ta sama siła, która ściąga tych mężczyzn zza oceanu, aby w żarze tropików oddawali się rytuałom zezwierzęcenia, sprawia, że kolejna noc na Khao San Road kończy się epickim melanżem. Działa ona również we mnie. Zazwyczaj tli się niezauważalnym płomieniem, który podsycany, potrafi zmienić się w śmiercionośny pożar. Może kiedyś zgaśnie na dobre, lecz nim to nastanie, muszę stanowczo go kontrolować.

Porzuciłem wygodne biuro, spakowałem plecak i zostałem cyfrowym nomadą. Gdy czytasz ten opis, przetwarzam kawę na linijki tekstu w kawiarni w Manili, sprawdzam, ile osób zmieści się w wagonie trzeciej klasy tajlandzkiego pociągu albo śpię na lotnisku, czekając na kolejny lot tanimi liniami AirAsia. Jestem specjalistą w obszarze media relations i żywym dowodem na to, że PR można robić z najdalszych zakątków świata. Wystarczą internet, doświadczenie i odrobina kreatywności. W wolnych chwilach przyglądam się światu, sparzonemu słońcem i skąpanemu tropikalnymi deszczami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
YouTube
Instagram

Zapisz się na newsletter