Syndrom niespokojnych nóg, czyli jak znalazłem się w Tajlandii?

To nie tak, że obudziwszy się wczoraj, wpadłem na pomysł wyjazdu z Polski, kupiłem bilet i zacząłem pakować plecak. Są ludzie, którzy mogą sobie na coś takiego pozwolić. Wtedy jeszcze do nich nie należałem, a przed pochopną decyzją powstrzymywała mnie mnogość niezałatwionych spraw. Gdzieś w środku, w Czesiu,  odzywał się głos rozsądku, przypominając, że do takiej podróży należy się właściwie przygotować.

Pragnienie wyjazdu do ciepłych krajów towarzyszy mi od dawna i na przestrzeni lat ewoluowało, przybierając różne, mniej lub bardziej rozsądne formy. Najpierw myślałem o loterii wizowej i Hawajach, potem o bujaniu się “ogórkiem” po południowej Europie, a na koniec o mały włos nie wylądowałem w Singapurze, gdzie czekała na mnie praca w agencji PR. Wiele godzin spędziłem na oglądaniu filmów o Azji Południowo-Wschodniej, czytaniu o wyspach na Oceanie Spokojnym i przeglądaniu Map Google w poszukiwaniu miejsca idealnego do życia. Mojej małej utopii.

Nie wierzcie reklamom. Na syndrom niespokojnych nóg nie ma innego lekarstwa niż spakowanie plecaka i długa w świat. Nie pomogą apteczne specyfiki, tańce szamańskie czy egzorcyzmy. Głaskanie kolan, śpiewanie łydkom kołysanek, przykuwanie ich kajdankami do kaloryfera – są to jedynie środki doraźne o znikomej skuteczności.

Jest pewna teoria – opracowana przez amerykańskich naukowców – która tłumaczy syndrom niespokojnych nóg swoistym rozdzieleniem: serce człowieka znalazło się na innej szerokości geograficznej niż dolne kończyny, a te samoczynnie wyrywają się, by je dogonić. Istnieje również prawdopodobieństwo, że pompujący życie w plątaninę żył organ, znajduje się we właściwym miejscu, jednak z powodu jakiegoś nieznanego błędu system nie potrafi go wykryć. W takiej sytuacji najlepiej sprawdza się twardy reset, uderzenie defibrylatora w postaci biletu do Azji, naświetlanie meksykańskim słońcem.

Taki mamy klimat

Nosi mnie – co do tego nie ma wątpliwości. Najbardziej latem. Na szczęście w spalonej lipcowym słońcem Polsce łatwo dać się ponieść. Jesień jest już bardziej problematyczna, a potem… Potem jest już tylko gorzej. Praca, spadające liście, więcej pracy, coraz mniej słońca, szara maź z soli i błota spływająca ulicami i zimno dające po ryju jak przypadkiem potrącony w tłumie „patriota”, któremu sos z kebaba zalał właśnie koszulkę z wizerunkiem żołnierzy wyklętych, a następnie skapnął na łydkę, ozdabiając krwawą rosą tatuaż z kotwicą Polski Walczącej. Sos mieszany – ostry z łagodnym – uważa się za najlepszą wersję z możliwych. To z pewnością dzieło Bożej Opatrzności, że na tłustym mięsie mieni się dumnie barwami narodowymi.

Tymczasem bezwzględne zimno nie ma względu na osobę i jak agent bezpieki czeka na człowieka przed drzwiami jego domu, by już o świcie przypomnieć mu o reżimie umiarkowanego klimatu Europy Środkowo-Wschodniej. Zgadliście, nie cierpię polskiej zimy. Idąc ulicą, oddzielony od świata kilkoma grubymi warstwami materiału, nie raz plułem sobie w spowitą szronem brodę, narzekając, że o tej porze roku nie znajduję się gdzieś w okolicach równika.

Zawaliło mi się życie, rzucam wszystko i przeprowadzam się na Filipiny” to już chyba klasyka. Moja historia jest zupełnie inna. Był taki czas, kiedy chciałem się ewakuować, ale zacisnąłem zęby i przeczekałem. Nie wyleciałem z Polski dlatego, że było mi w niej źle, ani dla tego, że nie przepadam za mroźnymi zimami. Nawet rosnące tendencje nacjonalistyczne nie skłoniły mnie do emigracji. Ktoś powiedział, że podróżujemy nie po to, by uciec przed życiem, ale by życie nam nie uciekło. Zaczyna się ono tam, gdzie kończy oczywistość codziennej egzystencji. Może jest to pogoń za wiatrem, jednak tak fascynująca, że sam proces cenniejszy jest niż osiągnięcie celu. Zapewne nie odkryję nowego świata, ale może stanę się nowszym człowiekiem. A jeśli nie, to przynajmniej będę się dobrze bawił.

Porzuciłem wygodne biuro, spakowałem plecak i zostałem cyfrowym nomadą. Gdy czytasz ten opis, przetwarzam kawę na linijki tekstu w kawiarni w Manili, sprawdzam, ile osób zmieści się w wagonie trzeciej klasy tajlandzkiego pociągu albo śpię na lotnisku, czekając na kolejny lot tanimi liniami AirAsia. Jestem specjalistą w obszarze media relations i żywym dowodem na to, że PR można robić z najdalszych zakątków świata. Wystarczą internet, doświadczenie i odrobina kreatywności. W wolnych chwilach przyglądam się światu, sparzonemu słońcem i skąpanemu tropikalnymi deszczami.

1 KOMENTARZ

  1. Luiza
    Grudzień 15, 2018

    Witaj! Wiem, że oglądanie Cię Na Poddaszu nie czyni z nas znajomych i nie daje mi prawa do pisania jak do kumpla ale piszę jako siostra w Panu. Mam nadzieję, że to będzie coś czego właśnie potrzebujesz, ale bardziej jeszcze mam nadzieję, że znalazłeś się w samym środku Bożej woli dla Ciebie i za wszystko co zobaczysz Jemu oddasz chwalę Pozdrawiam gorąco z Płocka Niech Cię Pan strzeże, niech da Ci wszystko czego będziesz potrzebował.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
YouTube
Instagram

Zapisz się na newsletter